|
piątek, 27 stycznia 2012
Na szybko, póki młoda śpi, bo jak się obudzi, w co nie wątpię (bo przecież budzenie się wieczorem co godzinę lub półtorej jest oczywiste i kropka), to nie wrócę. [Acha: temperatura już normalna, wysypka zniknęła, uszko boli tylko trochę, trochę kaszle. A poza tym wszystko dobrze, nareszcie.] Wstępniak Ponieważ czasu brak na cokolwiek przy moim Mędzącym Szkudzie, to te krótkie chwile poświęcam, a jakże, na dokształcanie się w materii khemmm.... natury delikatnej, jaką jest wychowywanie. Jak MMŻ twierdzi, ja sama nie zostałam wychowana przez moich rodziców wcale. Więc niby skąd mam wiedzieć jak to się robi? W ciąży czytałam o ciąży, no bo po co doczytywać cokolwiek? Jak się będzie darło, to będzie i tyle, a ja sobie i tak pójdę do kina.
AAAAAAAAAAAAAAAHHHHHHAAAAHAHAHAAAAAAAA!!!!!!! Zimnego chowu mi się zachciało. Ale, jak już dawno pisałam, urodził mi się mój Bożek i przed nim klękam z miłościom wielkom. Z tego czytania dowiedziałam się, że skoro noszę w chuście, przytulam, kocham i jestem na każde zawołanie i wszyscy wokół uważają, że sobie małego tyrana w domu hoduję, to znaczy, że praktykuję AP (Attachement Parenting) lub też Rodzicielstwo bliskości. Praktykuję, a jakże... na tyle na ile to możliwe. A zatem dziś pierwsza część z cyklu o AP. O tym, jak idealistyczna Maruda z Rzeczywistościom Brutalnom siem zderzyła i jak potem myła podłogę, zeskrobując resztki po psie i dziecku.... czyli Baby-led weaning (Bobas Lubi Wybór) Idea fantastyczna, serio, zgadzam się z nią w pełni. Sadzasz takiego malucha w wieku około 6-7 miesięcy, co już w miarę się potrafi utrzymać w pozycji siedzącej w krzesełku do karmienia i jemu samemu pozwalasz na zajadanie mackami tego, co mu dasz. A co mu dajesz? Pyszności, a nie mdłe papki. Na przykład gotowana marchewę na parze albo ziemniaka. I on sam bez twojej pomocy, bez pośrednictwa łyżeczki uczy się trafiać swoimi odnóżami do otworu gębowego. Z czasem pojawia mu się przed nosem coraz więcej kolorowych rzeczy i z czasem coraz więcej trafia do jego buzi i uczy się najadać. Po jakimś czasie dajesz mu łyżeczkę, a on sam, bez twojej pomocy uczy się nią posługiwać. W międzyczasie uczy się też pić z kubeczka wodę itede itepe, kto ciekawy, niech przeczyta sam tu: http://babyledweaning.pl/index.php Tylko że... moja już jest stara, 12 miechów to nie bagatelka. Gdy odkryłam BLW miała już prawie 11 miesięcy i nienawidziła swojej niebieskiej, plastikowej łyżeczki, którą starałam się w nią wsmarować jedzenie. A zatem miała już negatywne, niestety skojarzenia z posiłkami. Mea culpa, ale na usprawiedliwienie dodam, że przy koszmarze z jej przyrostami wagi na początku mam pewną schizę na tym punkcie... Ale do rzeczy. Gdy podczas kolejnego posiłku, podczas którego musiałam targować się z Gramoluchem o każdy kęs ręce mi opadły z sił, stwierdziłam: DOSYĆ! Jedz sama. Dałam jej przed nos na blat gotowane warzywka, a sama zaglądnęłam do netu, bo gdzieś mi świtało, że jest jakiś dziwny sposób karmienia dzieci. I tak dowiedziałam sie o BLW. Młoda z radości piszczała. Rozpaćkała wszystko wszędzie, na podłodze, krzesełku, buzi, coś znalazło się w paszczęce, owszem, ale nie za wiele. Ale stwierdziłam: jedz tyle ile chcesz, mnie w to nie pakuj, zmoro. I tak przez jakis czas nawet to nam wychodziło. Ja coś sobie żułam, ona coś sobie paćkała, okres wigilijny przy babciach i wójkach minął w zachwytach: ach, jak ślicznie zjada i takie tam... Przyznam się szczerze, ze czasem jej mimo reguł BLW łyżeczką coś do dzioba wkładałam, bo przecież zupki sama nie zje, a to babcia zrobiła, więc khem... wypada. No ale święta minęły, MMŻ wybrał zaległy tacierzyński i ochoczo podjął wyzwanie BLW ze mną... I co wspólnie odkryliśmy? Otóż nasze dziecko większość wyrzuca, prawie nic nie je, a potem mędzi, bo jest głodne. Ale nie pozwoli się nakarmić, bo chce "siama siama siama", ale jeszcze nie umie siama się tym sposobem do końca najeść, więc mędzi. A poza tym jedzenie jest nudne, fajniejsze jest rzucanie wszystkim na dół i patrzenie, jak pies zjada. I generalnie karmienie psa jest najlepsze!!! A najlepiej to mnie wypuśćcie z tego cholernego krzesełka, ja sobie będę latać, a wy za mną i może uda wam się coś mi dać. Ja to wyjmę z buzi i pooglądam, potem dam psu.... A jak mnie w krzesełku posadzicie to będę krzyczeć!!!! Próbowałam zgodnie z regułami BLW nie używać łyżeczki, nie ingerować, dawać wodę do posiłku, jeść wspólnie itd. Raz na 4 posiłki nam sie udawało. Reszta: młoda nie jadła tylko rzucała i mędziła. A podłoga wyglądała jakby ją ktoś ob.... Chyba po prostu jest już na tyle duża, że ma większe potrzeby żywieniowe, sama nie potrafi się najeść. Stąd problemy. Teraz w dodatku była bardzo chora przez ponad tydzień i w ogóle zrezygnowała z jedzenia, trzy kęsy czegokolwiek raz na 5 godzin to był max, a poza tym wisiała mi przy piersi i to jej wystarczało. Plan mam taki, żeby jeden posiłek dziennie prowadzić zgodnie z BLW, bo to rewelacyjnie rozwinęło u niej zdolności manualne, a pozostałe ganiając za nią po całym domu z łyżeczką, bo inaczej się nie da... Po prostu świat jest zbyt ciekawy, żeby go marnować na jedzenie... A może ktoś ma inny pomysł?????
środa, 25 stycznia 2012
Malutka śpi w chuście. Wreszcie termometr pokazał 36.6, a nie 39.6. Od tygodnia prawie zmagamy się z bólem gardła, uszu (obustronne zapalenie, potwierdzone przez laryngologa), gorączką, kaszlem. I zęby w dodatku też idą. Plus biegunka raz na jakiś czas - bo mała nie je nic poza moim mlekiem i lekami. Jesteśmy wykończeni, zestresowani, bo trzydniówka okazała się być już pięciodniówką, a dołożywszy do tego epizody z wtorku i środy w zeszłym tygodniu, to już jest ośmiodniówka. O liczbie osiem już tu gdzieś pisałam. Prawda, panie Pratchett? Martyna z gorączką to Martyna, która się nie rusza. Kto widział, ten wie, że to nie jest normalne w jej przypadku. Jesteśmy smutni, zmęczeni, rozdrażnieni. A Gramoluch najbardziej.
wtorek, 17 stycznia 2012
Moja ukochana córko... Dzisiaj skończyłaś rok. Śpisz teraz w naszym wspólnym łóżku i zmagasz się z gorączką, która ni z tego ni z owego napadła na Ciebie właśnie dziś, 38.6 stopni. A dziadkowie przywieźli Ci w prezencie Twoje pierwsze saneczki - granatowe, z siedziskiem i specjalnym zapięciem, żebyś nie wypadła. Na śnieg nie poszłyśmy, za to - gdy już lek przeciwgorączkowy zaczął działać - radośnie dałaś się ciagnąć po całym domu. Ale torta nie chciałaś, słodkiego nie lubisz. I dobrze. Moja ukochana córko. Chciałabym podziekować Ci za to, że jesteś. Tak po prostu. Bo to, że jesteś, jest dla mnie nieustannym powodem do szczęścia, radości, ciągłego zadziwienia i rozwoju. Bo choć jestem zmęczona, czasem nerwy mi wysiadają, czasem nie mogę usiedzieć w czterech ścianach domu i mam ochotę krzyczeć, to mimo to sam fakt Twojego istnienia jest dla mnie motorem, by opamiętać się, uspokoić, usiąść i popatrzeć w te Twoje niesamowicie niebieskie, cieszące się oczy. Mówią, że macierzyństwo uwstecznia. Ja też tak myślałam. Nic bardziej mylnego. Przy Tobie stałam się osobą bardziej zdecydowaną, coraz lepiej orientującą się w tym, czego chce, kreatywniej myślącą, bardziej zorganizowaną. Stałaś się inspiracją do moich pomysłów na życie, marzeń, sposobu myślenia i bycia. Jesteś źródłem energii. Moja ukochana córko. Przepraszam Cię za to, że czasem nie wytrzymuję. Że czasem mam dość i tracę cierliwość. Że zdarza mi się na Ciebie krzyknąć. To nie Twoja wina. To moja wina. Mojego braku cierpliwości i umiejętności odczytywania tego, czego właśnie teraz potrzebujesz. Że nie umiem w porę się uspokoić. ochłonąć. To nie zdarza się często, ale zdarza się, choć nie powinno. Ale staram się, naprawdę. I mam nadzieję, że zawsze będę się starała, że nigdy nie stracę motywacji by zmieniać się na lepsze. Dla Ciebie. Z miłości do Ciebie.
Moja ukochana córko. Dzięki Tobie dowiedziałam się ze jeśli mi na czymś naprawdę zależy, potrafię uprzeć się i to zrealizować, wbrew opiniom innym, pomimo braku zrozumienia i wiary. Dzięki temu karmię cię nadal piersią. Masz roczek, według wielu najwyższy czas na to, by skończyć. Ale według mnie mamy jeszcze czas, jeszcze chwilę na te wspólne, ciesze chwile w nocy, gdy jesteśmy tylko my, a cały świat śpi. Najukochańsza córeczko. Kocham Cię. W myślach pisałam ten list przez cały dzień, nosząc Cię na rękach, bo nie miałaś siły na samodzielne wędrówki po podłodze. Przytulałam cię i kołysałam. Wspólnie oglądałyśmy Baby TV (przyznaje się ze wstydem że pozwalam Ci czasem, choć rzadko, oglądać bajki), patrzyłyśmy przez okno na wiatraczek, który dzisiaj był pokryty śniegiem i ledwo się kręcił w delikatnych podmuchach wiatru, patrzyłyśmy na psa, jak śpi zwinięty w kłębek na fotelu... Nie pamiętam, co chciałam napisać, pewnie wiele rzeczy, o których teraz nie pomyślałam. To nie jest ważne. Ważne jest to, że kocham Cię. Najbardziej na świecie. Zawsze będę. Twoja mama
piątek, 09 grudnia 2011
...dotyczące serialu "No Ordinary Family". Nie jest jednak oglądalny. To znaczy nadaje się w czasie wybitnie zajmujących akcji, takich jak gonienie za goła pupą córki, w celu zmienienia jej pieluszki. Kątem oka wtedy można zaakceptować obraz w stylu: Imitacja Wolverina i wilkołaka w jednym właśnie zraniła pseudo Flasha Gordona w spódnicy i poszła zakatrupić młodocianą niby telepatkę, którą ratuje jej tata - prawie Hulk Hogan. Obaj skaczą przy tym jak bez mała superorangutany na tle amerykanskich wieżowców i wpadaja na siebie z impetem, zeby potem spaść na betonowe dachy... W tym czasie brat młodocianej pseudotelepatki, geniusz, któremu niby Terminatorowi albo Johnowi Forbsowi Nashowi (patrz "Piękny umysł") ukazują się świecące w powietrzu odpowiedzi na wszystkie pytania, trudne wzory i obliczenia, odkrywa, ze Flash Gordon w spódnicy, czyli jego mama, zaraziła sie od niby Wolverina gronkowcem... Ojej.
czwartek, 08 grudnia 2011
Szmat czasu, zatem żeby w skrócie iście telegraficznym, to w podpunktach: - ostatnie tygodnie młoda mędziła, marudziła, jojczyła, ciągnęła się za moimi portkami, więc bidulę od świtu do nocy nosiłam (chyba że akurat wrzątek niosłam lub siku robiłam). Nie wiem co to było, ale było, a ja mam teraz nerwoból w biodrze. W tym czasie nie udawało mi się robić w domu nic, kompletnie. A wieczorem padałam na twarz i oglądałam bezmyślnie TV (w dzień ostatnio też). - teraz młoda mędzi mniej, za to nauczyła się włazić na sofę z materaca, który położyliśmy na podłodze na czas choróbska (tak, byłyśmy przy okazji chore zasmarkatki i MMŻ też) i latać po niej przy mojej palpitacji serca, pokazywać paluchem czego dokładnie chce, odkryć, że świat składa się głównie ze słoni i myszy (są naprawdę wszędzie! na kominku, na obrazkach, w książeczkach... musi ją to bardzo nurtować), chcieć słuchać ciągle płyty gramofonowej z bajką o Alladynie i do niej tańczyć, uciekać ze zdobyczą w paszczy, uciekać dla zabawy, spadać przodem z sofy, generalnie zjadać kable, telefony komórkowe i laptopy. A gdy tego nie robi - mędzi i chcę na rączki. JUŻ, TERAZ, W TEJ CHWILI!!!!! - mamy 16 grudnia scyntygrafię dynamiczną prawej nereczki, bo miedniczka jest "nieco" zbyt szeroka. Przy badaniu dziecko ma leżeć spokojnie przez pół godziny. Pozostawię bez komentarza. Ci co wiedzieli młodą właśnie się stukają po głowie. Ci co nie widzieli, w skrócie: buhahahahahahaha!!!!! - byliśmy w Szczyrku - rany, rzeczywiście dawno nie pisałam. Dawno już, na początku listopada zdaje się. Było pięknie, choć zimno, włączyłam tryb "odpoczywam", a "ciocia" K. i "wójek" J. zajmowali się młodą skutecznie. Chwilka wytchnienia. - przeczytałam "Czarne mleko" - Elif Safak. Lekka, dość mądra literatura o macierzyństwie, pisarstwie i depresji, z humorem, dystansem i masą cennych historii o kobietach-pisarkach. Dzięki temu kupiłam sobie Nadine Gordimer "Zachować swój świat" oraz kolejne książki Atwood i le Guin. Fajnie. - kończę "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłany Aleksijewicz. Na razie milczę, bo myślenie o niej boli. - "Walking Dead" stało się nieoglądalnym prawie romansidłem z zombiakami w tle. Oglądnę kolejny odcinek tylko dlatego, że się odważyli i pokazali dziecko-zombie. Reszta - bleeeeeee i nudy. - "The Kiling" (Dochodzenie) skończyło się, sezon drugi ponoć w kwietniu 2012. Buuuuuu.... - Gdy nosiłam młodą, a potem chorowałam zaczęłam niestety oglądać TV również w ciągu dnia, muszę ten proceder zakończyć jak najszybciej, nie było mnie niestety stać na nic innego. W każdym razie odkryłam kilka innych seriali, gorszych i mniej gorszych, w tym:
- zaczęłam być zwolenniczką (to znaczy nie zaczęłam, odkryłam, że jestem od dawna) idei rodzicielstwa bliskości, o tym w innej notce, gdy znajdę czas. W każdym razie z kuli tego w najbliższym czasie mam nadzieję, że zawitają w moim domu dwie książki: "W głębi kontinuum" Jean Liedloff oraz "Polityka karmienia piersią" Gabrielle Palmer. - Znów mam w domu chustę, wróciła z wycieczki od innej potrzebującej rodziny, w tym czasie królowało Bondolino. Niestety, młoda kwęka i jojczy, gdy ją motam. Mam nadzieję, że przynajmniej wiązanie na boku zaakceptuje wkrótce, bo to by rozwiązało mi na przykład kwestię gotowania. - za długi wpis, połowa Cztaczy (od Gżdaczy, pamiętacie ich jeszcze z komiksu "Trzynaste piórko Eufemii" Macieja Wojtyszki?) odpadła po dwóch pierwszych podpunktach, więc kończę. No i niedługo mam spotkanie z pewnym atrakcyjnym, choć nieco wrednym lekarzem... Ciao!
piątek, 28 października 2011
Kolejny zabijacz czasu, dosłownie: zabijacz. The Walking Dead (sezony są dwa, puszczają między innymi w soboty o 22.00 zdaje się na Fox,ale jak zwykle, nie jestem pewna, a poszukać w necie może sobie każdy zainteresowany) - miłość MMŻta, a ja siedzę i gryzę sznurek od szlafroka z nerwów. Bo ja się centralnie denerwuję! No, jak tu się nie bać? Łażą te... te stwory okropne, te zombie, i to stadami, po opuszczonych miastach i drogach, łażą, jęczą i sznupią, a jak wysznupią, to gonią aż dogonią, a jak już dogonią to zjedzą. Żywcem! Niezjedzona pozostałość zaś zmieni się w zombie i dołączy do stada. I też zacznie sznupać. Chyba że... pojawi się szeryf, taki prawdziwy, w kapeluszu, mundurze, ze strzelbą i odznaką i ze skupieniem na twarzy odszczeli głowę kilku zombie, ratując napastowanego przed starszliwą nie-śmiercią. A tak serio: o czym jest serial nie trzeba pisać, tytuł sam tłumaczy wszystko. Nakręcony jak niezłej jakości kino drogi, bez początku i końca, z migającym gdzieś na końcu celem, który się co jakiś czas zmienia. Celem głównym jest oczywiście przeżycie w świecie zdominowanym przez zombie, gdzie ludzkość jest gatunkiem wymierającym. Trzeba gdzieś dotrzeć, tylko gdzie? Nie wiadomo. Nie wiadomo kto przeżył, gdzie, jak dotrzeć itd... W grupie ludzi o odmiennych charakterach i swoich słabościach, dowodzonych przez jednego szeryfa, który też jest w sumie tylko człowiekiem, może to okazać się trudne. Ale nie chcę dopisywać jakichś teorii i interpretacji gdzie być może ich nie ma. Dość, że produkcja jest niezła, aktorzy (głównie ci w stadzie) przekonujący (nie chciałabym takiego spotkać), historia wciąga. I choć to zwykły horrorek, w dodatku czasem postępowanie bohaterów wkurza (no bo się zachowują w granicznych sytuacjach czasem idiotycznie), to sam klimat jest utrzymany na dobrym poziomie. Ale nie lubię, nie lubię się bać i bywa, że zamiast oglądać, to gadam, komentując co lepsze kawałki, a MMŻ się wkurza. A ja dalej siedzę i gryzę te sznurki...
środa, 26 października 2011
Gdy wieczorem, około 20.00 młoda już śpi (chyba że akurat nie śpi, bo nie ma ochoty), z MMŻtem padamy na nasze twarze po całym dniu i zastanawiamy się, jak by tu spędzić kolejne godziny (ha, około trzech, bo o 6 rano najpewniej Stworek się obudzi i koniec spania, więc trzeba by paść około 23, najpóźniej koło 23.30, co by się ciut wyspać). Grać? Trzeba mózgiem i rękami ruszać, a ja znowu przegram i się obrażę. Czytać? Praktykujemy, owszem, często, ale nie o tym ta notka. Inne rzeczy? Też nie o tym. A więc: oglądamy telewizję! (mamy ją od niecałego roku, o zgrozo) [Antrakt: młoda kwękała, poszłam, sprawdziłam. Ugryzła mnie w brodę, coś ukłuło. Lecę po łyżeczkę metalową i.... dzyń, dzyń! Zadzwoniło o ząbek! Jeszcze go nie widać, ale z pewnością już kawalątek wyszedł! MAMY PIERWSZEGO ZĘBA W WIEKU 9 i 9 DNI!] Ponieważ nie jesteśmy (ale może się staniemy) wytrawnymi serialowcami, obce są nam sezony I, II, III. Albo coś leci, oglądamy i nam się podoba, albo nie. Albo jest po prostu strawne, idealne, żeby się odmóżdżyć wieczorową porą. Co oglądamy? Nie wszystko naraz. 1. Dr House sezon 7 w czwartki o 20.40 nie wiem na jakim programie, chyba na dwójce (drobiazgi, na które ja nie zwracam uwagi). Ten serial akurat znamy od dawna, kto go nie zna? I nawet w sezonach w miarę się orientujemy. W każdym razie wiadomo o co chodzi, większość zna klimat. Serial nadal trzyma poziom, choć zaczyna być zbyt emocjonalny, Cuddy zdaje się mieć problem z climaterium (bo jest kwękająca jak moja córka i strasznie zasadnicza), a House poważnieje i chyba mu zależy. Reszta idiocieje bez reszty pod wpływem Housa. Choroby są pretekstowe, dialogi jak zwykle błyskotliwe. I jak zwykle kocham Wilsona. [młoda jęczy i wspina się na krzesło, na którym siedzę]. 2. Dochodzenie (The Kiling - swoją drogą, KTO tłumaczy te tytuł???) - to znaczy ja oglądam, bo fabuła jest wielowątkowa i kolejne odcinki są ze sobą ściśle powiązane, a MMŻ stracił ze dwa pierwsze i nie chce mu się zastanawiać, o co chodzi, więc idzie do wanny. Serial mroczny i absolutnie nie ma w nim miejsca na poczucie humoru. Zazwyczaj pada deszcz, a jak nie pada, to są chmury i jest ponuro. Opowiada historię śledztwa w sprawie zabójstwa młodziutkiej dziewczyny, której ciało znaleziono związane w bagażniku zatopionego w jeziorze auta. Śledztwo prowadzi dość niezwykła kobieta - zdeterminowana pracoholiczka, która potrafi dostrzec więcej niż inni, ma problemy ze sobą i swoją rodziną (głównie z synem), a tak w ogóle to jest ciągle bardzo smutna. Grająca ją Mireilee Enos to niepozorna, ruda kobietka z twarzą pełną piegów i odstającymi uszami. Według wielu okropna. Według mnie piękna i idealnie nadaje się do roli. Duży nacisk położony jest na wątek rodziny zamordowanej, a głownie jej rodziców (przede wszystkim matkę będącą na granicy załamania nerwowego). Miesza się to z wątkiem politycznym i wewnętrznymi tarciami w policji. Dobra historia, niebanalne postacie, mroczna atmosfera, słowem - dla mnie bomba. Środy na FoxLife (zdaje się) o 21.00. [młoda kwęka straszliwie i ryczy pod moim krzesłem]. cdn...
piątek, 14 października 2011
Ja nie wiem, na czym zarabiają firmy, specjalizujące się w zabawkach dla niemowląt. Chyba na naiwności rodziców. Daję ja Stworkowi, proszę ja was bardzo, dajmy na to taką - hit! - skarpetkę-świnkę, co to ma zachęcać dziecię do zabawy nóżętami, a ta pogapi się na nią, potem na mnie, odwróci chudy tyłek i pójdzie żuć sznurek na bieliznę. Następnie starannie zgarnie kurz z kątów, by przejść do walenia w kafelki łyżką drewnianą. Łyżkę tę dokładnie obliże i opluje, by rozpocząć kolejny punkt programu, czyli ładowarkę od laptopa lub jeden z kabli. Gdy z krzykiem zainterweniują, odejdzie mędząc "mamamamamama", i szybko znajdzie się na legowisku psa, by zjeść po nim resztki rozszarpanej przez niego gąbki... A ja podsuwam to klocuszki, to misia, to grzechoteczkę. I po co te kolorowe śmieci w domu trzyumać? Chyba zeby babcie i dziadki nie lamentowali, ze ja biednemu dziecku tylko jakieś drewniane sztućce daje, a porządnego misia nie. O, moje dziecko znalazło kolejną zabawkę: mój ważny zeszyt z notatkami. Drze go i zjada. Muszę kończyć.
czwartek, 13 października 2011
Kiedy wiele lat temu pierwszy raz czytałam "Szczeliny istnienia" byłam młodą, zaangażowaną feministką i jednocześnie poszukiwaczką duchowości i Boga w świecie. Przy okazji starałam się pisać magisterkę z filozofii (wzięłam na tapetę Levinasa i Luce Irigaray - tłukłam się po kategoriach miłości, kobiecości i... ło matko... ojcostwa w ich tekstach).
"Szczeliny istnienia" były dla mnie wytchnieniem zarówno językowym, jak i umysłowym. Po strukturalnie zakręconych tekstach, naszpikowanych ontologią, epistemologią, w których autorzy nadają prostym słowom takim jak Miłość czy Dialog zupełnie innych znaczeń, że w końcu nie wiadomo o co chodzi (jeszcze lepszy jest w tym Heidegger - polecam "Budować, myśleć, mieszkać"...), Brach-Czaina była jak powiew wiosny. A w zasadzie lata. Bo czytałam ją nad jeziorem, gdzieś na północy Polski, pomiędzy jednym treningiem San-fengu a drugim. Szumiał tatarak, słońce świeciło pomiędzy drzewami, a dziewczyny, które mieszkały w namiocie obok, jadały ser z miodem i orzechami. Pamiętam jak z zaangażowaniem niszczyłam tę moją kserokopię książki, jak mazałam po niej ołówkiem, jak zaginałam rogi i paćkałam ją lepką słodkością, leżąc sobie na kocu. Było fantastycznie. Dlatego ta książka zawsze będzie dla mnie wyjątkowa. I będę do nie wracała, tak jak teraz. Bo nie tylko jej treść, ale cały kontekst, w którym pojawiła się w moim życiu, jest dla mnie... zwyczajnie, no inaczej nie mogę tego nazwać: PRZYJEMNY. [ha, a przy okazji: tamtego lata schudłam dobrych kilka kilogramów i ważyłam 49kg; wynik piękny, choć nietrwały] O czym jest ta książka? A o życiu. I o metafizyce, która otula każdą, najbardziej prozaiczną rzecz, jak ścierka do podłóg czy pierogi z wiśniami. Napisana słowami mądrymi,pięknymi i jasnymi w swoim przekazie... Ale pierogów z wiśniami do tej pory nie udało mi się zrobić!
wtorek, 04 października 2011
... córka zaszyła się w sypialni i po cichu skonsumowała moją receptę na Cerazette... Widać, nie dba o swoje jedynactwo...
czwartek, 22 września 2011
Po ciężkim weekendzie. Co prawda jest czwartek, ale zbierałam się parę dni. Bo trudno się nie zbierać po przeżyciach z trucizną w tle. A zaczęło się od ogniska, miło i przyjemnie. Mieliśmy jechać z Anią i Przemkocurem w góry, ale MMŻ skręcił kostkę, więc zostaliśmy w domu i korzystając z dobrej jeszcze pogody, stwierdziliśmy, że może by jednak dnia nie marnować. Zatem kilka osób przypełzło. Wieczorem ja do kołyski, MMŻ z gośćmi. O pierwszej w nocy wraca z informacją: pies zjadł trutkę na szczury. O tym, co pomyślałam i co czułam, pisać nie będę. Dość, że w ciągu 15 minut byliśmy w klinice weterynaryjnej, z wyjącą, wyrwaną ze snu młodą w foteliku i z psem, który nie wiedział o co chodzi, bo przecież to cholerstwo działa z opóźnieniem. Ami został na noc na obserwację, sprowokowali mu wymioty, dostał kroplówkę, antybiotyk. O 8 rano mamy dzwonić i pytać o jego stan. Noc prawie bez snu, pusto koło łóżka, przez głowę najczarniejsze myśli i wściekłość. Na co? A na siebie, że nie dopilnowaliśmy - fakt że pies nigdy nie wchodzi do piwnicy i jest na swoim terenie nas nie usprawiedliwia. I na to, że kartka z informacją o trutce wisi na drzwiach od piwnicy permanentnie, nikt jej nigdy nie zdejmuje, a my tego nie zauważyliśmy. A prawda jest taka, że MUSI zjawiać się gdy jest wyłożona trutka i MUSI znikać, gdy trutkę się zabiera. A zarządca ma to w d... W budynku są inne zwierzęta i dzieci, które niedługo zaczną chodzić lub już chodzą. Trutka wygląda jak granulowana herbatka z Hippa. Albo jak cukiereczki, jak kto woli. Ktoś zostawił ją na papierowym talerzyku pośrodku korytarza, bez problemu dostępną dla wszystkich niskopiennych. W każdym razie o 8 rano dowiedzieliśmy się, że Ami jest stabilny i że ma zostać na obserwacji do wieczora. W tym samym dniu z sercem w gardle pojechaliśmy na umówioną wizytę u prababci Stworka. Tam spotkaliśmy gadżeciarzy. Znaczy się fragment bliskiej rodziny, który lubię, ale którego nie do końca rozumiem. Bogaci, wydaje się spełnieni ludzie, z którymi... no właśnie... rozmawia się o: nowinkach komputerowych, telefonowych, wyposażeniu samochodu, sprzęcie RTV, czym się różni I-pad od I-czegoś-tam-innego... Oczywiście z najwyższej półki. A jak pytam ich latorośle o książki, to się krzywią. I mówią: "W pustyni i w puszczy". No bo to ostatnio lektura była i trzeba było przeczytać. Siedzę sobie, słucham, patrzę i nie rozumiem. Bo dla mnie samochód służy do przemieszczania z miejsca na miejsce, telefon do kontaktu z innymi, komputer do pracy lub przyjemności, i to co mam mi wystarcza. Nie potrzebuję wielkiego rzutnika żeby oglądać filmy, nie potrzebuję najnowszej generacji głośników, żeby słuchać muzyki. Mimo że lubię jazz i muzykę poważną, którym dobry sprzęt mimo wszystko dobrze robi. Bo Rihannie czy jak jej tam chyba nie zrobi większej różnicy. Czy się czepiam? A może trochę zazdroszczę? Może trochę, bo ja nie kupię sobie nigdy najnowszego landrovera. Przynajmniej na chwilę obecną, bo a nuż coś się zmieni. A jeśli nawet się zmieni to co? To nagle zacznę się interesować nowoczesną klimatyzacją wnętrz i skórzanymi tapicerkami???? Nie, ja wolę swojego zdezelowanego laptopa, adapter i płyty analogowe i małego piździka, którym się wszędzie wcisnę. Mój Ami śpi sobie spokojnie na kanapie obok mnie. Ma się dobrze. Jeszcze tylko kilka dni antybiotyków i - mamy nadzieję - niebezpieczeństwo minie. Więcej o trutce i psie napiszę tu: Pies Zabójca Ropuch Młoda też śpi, a przez sen pokasłuje i posmarkuje. Kataru się dorobiła, biedactwo. Ale znosi to dzielnie. Lecą jej gile z nosa, a ta się śmieje. Chyba że podchodzę z gruchą lub Sterimarem. To już się nie rechocze, tylko wrzeszczy i mostek robi. Trudne jest życie Małego Człowieka.
poniedziałek, 12 września 2011
Wczoraj wpadli do nas moi teście - kochani, fantastyczni ludzie, pełni zapału i miłości, nieziemsko cierpliwi i po prostu przekochani. Bez ironii - naprawdę. Przyszli, żeby pomóc nam w ogrodzie i troszkę posiedzieć z małą. Ja akurat jestem na etapie przetworowym i przesiaduję w kuchni, pichcąc różne dziwactwa typu konfitury wiśniowe z czekoladą i brandy, konfitury brzoskwiniowe, gruszki w occie itp. Tym razem padło na konfitury z papryki (przepis od Chilibite, w zakładkach). Mieszam sobie, mieszam wącham, smakuję, przychodzi do mnie J (mama P), podpytuje, gadamy. Nagle zebrało mi się na wyznanie: Wiesz, ja bym tak mogła zawsze, pichcić, czytać, pisać, wąchać... J zrobiła wielkie oczy, podrapała się i ze zdumieniem odpowiada: O matko, a gdzie tu samorealizacja? Zatkało mnie... Naprędce coś tam odpowiedziałam, nie jestem w stanie rozmawiać na tak poważny temat jak kariera, definicja samospełnienia czy samorealizacji, gdy mi konfitury wychodzą czerwono z patelni. Ale zgryz miałam. I mam. Do teraz. No bo tak... Dla mnie kariera to pojęcie obce, związane z pieniędzmi oczywiście i z czymś, co można by nazwać "bywaniem" (jak to określała fajnie kiedyś pewna bliska mi niegdyś osoba) czy popularnością. Ja kariery nie zrobiłam i nie zrobię - bo nie chcę, bo wiem, że bym się nie znalazła w takiej roli, nie moja droga. To akurat jest proste. Kariera jest dla mnie mało interesująca. Inna sprawa ma się z samospełnieniem czy samorealizacją. Dla J niepojęte jest to, że ja mogę spełniać się będąc po prostu w domu. Ona jest właścicielką firmy, na co dzień dyryguje ludźmi, gotowanie obiadu owszem, ale to raczej element obowiązków domowych niż jakaś tam forma przyjemności... A czytanie - relaks i tyle, niewiele ponadto. O pisaniu nie wspominając. Lepiej włożyć jeansy i oglądać, czy chłopaki dobrze asfalt wylali czy coś... Jest niesamowita, a ja przy niej rzeczywiście jestem Kura Domowa przez duże Ko. Owszem, cośtam dorabiam sobie z domu, piszę jakieś bzdurki, jakąś korektę ktoś czasem rzuci itedeitepe, ale to według większości pracą nie jest. Myślę o czymś własnym kiedyś, za jakiś 1.5 roku, gdy małą będę mogła i chciała komuś oddać na przechowanie (a idealnie byłoby połączyć jedno z drugim), ale wiem, że mam marną konstrukcję psychiczną. Jak tu robić coś własnego, skoro jaj się nie ma? I łokciami nie umiem się przebijać? A najlepiej czuję się w swoim własnym fotelu z głową w chmurach lub w kuchni, oblizując drewnianą łyżkę z gorącej czekolady? Albo bujając się na hamaku ze Stworkiem w ramionach, śpiewając jej kołysanki? I gryzie mnie mnie ta "samorealizacja", to "samospełnienie". Bo ja już pracowałam, dużo, w różnych miejscach. I wszędzie byłam kimś obcym, nieprzystającym, odróżniającym się od (i tu się wymienia....). I tak też się czułam, nie potrafiąc grać w tę dziwną grę, jaką jest chodzenie do pracy i robienie czegoś, co nie ma wg mnie znaczenia. A gdy już miejsce dla siebie znalazłam, zaszłam w ciążę i nie przedłużono mi umowy. Taka to ironia losu. Zatem mam X lat i muszę znów zaczynać od początku. I z pewnością nie chcę do czyjejś firmy, chyba że będzie to miejsce, w którym ludzie wykonują coś, co dla mnie ma SENS. I pewnie zacznę niedługo znów szukać pracy, jednocześnie tworząc jakieś projekty własnej firmy, na którą pomysł mam... Ale boję się tego, bardzo, boję się znów zaczynać od początku... Bo przecież to moje Teraz jest dla mnie najfantastyczniejszym okresem w życiu, jaki do tej pory zdarzyło mi się przeżyć (autorka popada w egzaltację, za co ewentualnych Czytaczy przeprasza). Powtarzam sobie, że to co robię teraz: jestem mamą, żoną, przyjacielem, właścicielem psa, czytaczem, słuchaczem, robię wiele rzeczy miłych i przyjemnych - to jest pole do realizacji. To jest ta intymna, wewnętrzna sfera świata, należąca do mitycznej Hestii, gdzie tak naprawdę wszystko zaczyna się i kończy. To tutaj wielcy tego świata wstają rano, przeciągają się i piją kawę, by nabrać sił na starcie ze światem zewnętrznym. Powtarzam sobie, że teraz jest jedyny, najważniejszy czas, kiedy moja córka jest malutka i nigdy już taka nie będzie. I mam prawo do tego, by porwać się bogini Demeter i czuć dumę i oszałamiające szczęście z bycia po prostu matką... I lubię, gdy Persefona pozwala mi na bezmyślne gubienie się w myślach, gdy bujam się na huśtawce pod drzewem w ogrodzie, a Malutka śpi mi w ramionach... Powtarzam, bo gdzieś tam woła do mnie świat zewnętrzny i oskarża mnie, powtarzając: jesteś nikim, jesteś nikim, jesteś nikim... Więc się przed tym bronię, pazurami, zębami: jak to nikim? Kocham, czuję, tworzę miejsce dla tych, których kocham. Nie jestem nikim. I rozglądam się za moimi boginiami... Kim jestem? Dla ciebie świecie?
wtorek, 06 września 2011
tak jak się obawiałam... pogasiłam światła, wpełzłam do łóżka, deszcz za oknem, szumi wiatr, skrzypi dom, spać nidyrydy, więc... trzęsę portkami i oglądam........ Glee....
poniedziałek, 05 września 2011
MMŻ w Berlinie, Piesiorra u teściów, Stworek śpi. Zostałam sama w domu. Ach, jakże cieszyłam się na pierwszy od baaardzo dawna samotny wieczór sama ze sobą. Położyłam młodą do łóżka i weszłam do ciemnego salonu, w którym zapomniałam zostawić włączoną lampkę... Na parapecie bębnił deszcz, ciemno jak diabli, cichawo jakoś, kąty ciemne. Więc ja, jak ta łania, w te pędy do stojącej najbliżej lampy, co by te ciemności rozgonić. Włączam pstryczek i dupa. Zapomniałam, że wyjęłam wtyczkę z kontaktu, bo potrzebowałam podładować laptop (to jedyne gniazdko, z którego w okolicy można korzystać, bo wszystkie są pozabezpieczane przed wszędobylskimi paluchami Robala). Serce w gardle, ręce spocone... 3.5 metra dalej, na ścianie, jest włącznik do górnego światła. Trzy długie, ciemne metry dzielą mnie od błogiego uczucia ulgi (jakie się czuje na przykład gdy się długo chciało siku i w końcu znalazło się miły, gościnny krzaczek...). Zbieram się w sobie i robię susa w pożądanym kierunku. Uuuuffffff.... I stało się światło... Na wszelki wypadek zapaliłam też światło w przedpokoju i kuchni, co by mieć pewność, że po kątach jakieś resztki mroku nie harcują. No cholera jasna, czy ja mam 10 lat, żeby się ciemności bać? Nie, mam ciut więcej. I boję się. Przed oczami wszystkie przelatują mi wszystkie horrory, thrillery o psychopatach i kroniki policyjne. W końcu Zło może czaić się nawet w szczoteczce do zębów! Zatem przyznaję się bez bicia. Siedzę przed telewizorem, w którym lecą głupawe reklamy, w mieszkaniu oświetlonym jak choinka bożonarodzeniowa i z niepokojem czekam na moment, kiedy będzie wypadało wpełznąć do łóżka i zgasić światło. Pewnie sobie Robala do łóżka wezmę, a co, ale on mnie przed Boogymenem nie obroni. No, chyba że czegoś nie wiem....
Znów zaglądnęłam do starych notek... I tych nowszych też. No, ręce, piersi i nie wiem co tam jeszcze opada... Literówki, błędy ortograficzne, interpunkcyjne, stylistyczne wytwory maści podwórkowej - o Zgrozo! O Sodomo i Gomoro! I serca klekocie i łomocie! [teraz autorka wyje jak kojot do księżyca: auuuu!!!] Na swoje usprawiedliwienie: szewc bez butów chodzi. Poza tym piszę zazwyczaj w biegu i zazwyczaj nie czytam tego, co napiszę (chyba że dużo później). Liczy się treść (auć, czy jest tu treść?), nie zapis. Sam Sokrates uważał, że to szkodliwe paskudztwo, bo osłabia ludzką pamięć i jest zdradliwe (a to wredota - pismo, nie Sokrates). Zatem wstydzę się tego, że gdzieś tam napisałam słowo "sposób" przez "u". Ale całe szczęście, że heraklitejskie "wszystko płynie" jest wciąż aktualne, więc piszę sobie dalej i nie będę poprawiać wszystkich notek wstecz, bo mam ciekawsze zajęcia, na przykład usypianie dziecka, zabawianie dziecka, zmienianie pieluchy dziecku, pranie, gotowanie, sprzątanie - ot, takie tam zajęcia typowe dla kury domowej. A w międzyczasie poczytam sobie o pozostałościach kultury matriarchalnej na Malcie i Gozo, bo nawet kury mają prawo do marzeń o wyspach szczęśliwych. A co. |